Kampinoski Park Narodowy, grudzień 2006
Galeria zdjęć Kampinoski Park Narodowy

Końcówka roku to regularne wypady do Kampinoskiego Parku Narodowego.
Jeden z grudniowych poranków jakiś taki październikowy jeszcze :-)


Polska wschodnia, sierpień 2006
Galeria zdjęć Polska Wschodnia

W drugiej połowie sierpnia wyruszam na Suwalszczyznę a potem do Białowieży. Przy okazji poszukuje klimatów etnograficznych pod wschodnia granicą.


Wyprawa na Spitsbergen - podsumowanie
Galeria zdjęć Spitsbergen

10 lipca 2006
Wyprawa na Spitsbergen jest dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Co prawda nie widziałem białych niedźwiedzi, ale malownicze svalbardzkie pejzaże, setki ptaków oraz stada reniferów na długo pozostaną w mojej pamięci. To niesamowite wrażenie, kiedy można samotnie wędrować po bezdrożach, dookoła spacerują dzikie zwierzęta przyglądające się człowiekowi ze zdziwieniem, a po horyzont, jak okiem sięgnąć, nie ma żadnych śladów cywilizacji. Ta wspaniała kraina jednak powoli zanika. Kiedy porównuje się mapy z lat sześćdziesiątych ze stanem obecnym, wyraźnie widać olbrzymie różnice w wielkości lodowców. W niektórych miejscach cofnęły się one o dobrych kilka kilometrów. Globalne ocieplenie robi swoje.

Podziękowania dla Mateusza Moskalika i Tomka Kasiaka za miło spędzony czas. Dodatkowo dla Mateusza, bez którego zapewne nigdy bym nie odwiedził tej bajkowej północnej krainy.
Szczególne podziękowania dla Zakładu Badań Polarnych i Morskich Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk za gościnę w Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie.

Na Spitsbergenie po raz pierwszy zacząłem używać aparatu cyfrowego - pełnoklatkowego Canona 5D. Cały czas fotografuje równocześnie jednak na slajdach :-)


Spitsbergen, powrót do Polski

4 - 9 lipca 2006
Około 21.30, po prawie 4 tygodniach, szczęśliwie lądujemy na kontynencie. Co prawda nie jest to jeszcze koniec naszej podróży, bo przed nami do pokonania ponad 2500 km i w odwodzie zostawiliśmy sobie 6 dni na jaki taki wypoczynek, ale czujemy, że właściwą przygodę mamy już za sobą. Kiedy lądujemy w Tromso, niebo przesłaniają ołowiane chmury, mży deszcz, a termometr wskazuje 13°C. Jak dla mnie jest wręcz upalnie, ściągam polar i dopiero w samym podkoszulku czuję się w sam raz. Późnym wieczorem odbieram samochód od sióstr karmelitanek. Potem już wspólnie z Tomkiem wcinamy stary dobry obiadek ze słoików i puszek, a jeszcze później wygodnie rozkładamy się za miastem na rozłożonych fotelach samochodu. Znowu jesteśmy u siebie.

W następnych dniach stopniowo kierujemy się w stronę kraju. Ponownie zaliczamy łosie na drodze, fotografujemy kolorowe norweskie domki i delektujemy się wszędobylską zielenią. Jednym z etapów podróży jest jedno z najładniejszych miejsc w Norwegii - Lofoty.
Odwiedzam je już po raz trzeci i tym razem nie robią na mnie żadnego wrażenia. Obawiam się, że po zobaczeniu Spitsbergenu zrobiłem się bardziej wybredny.
9 lipca, po 37 dniach podróży, docieramy do Polski.


Spitsbergen, Longyearbyen

3 lipca 2006
W środku nocy budzi mnie ostre słońce, wąskim pasmem wpadające przez małe okno w kajucie. Ubieram się, biorę aparat i wyruszam na krótki spacer po pokładzie. Statek przebija się przez niezliczone ilości olbrzymiej kry lodowej. Za nim w powietrzu uwijają się stada mew trójpalczastych, a w oddali ze złocistej mgły wyłaniają się wysokie góry. Ich wierzchołki są równe, gładkie i przywodzą na myśl olbrzymi, pusty stół. Chyba po raz pierwszy fotografuję krajobraz z ręki, bez statywu. Ustawiam wysoką czułość i staram się zgrać z falami. Na szczęście bujanie jest bardzo delikatne i, o dziwo, horyzont na zdjęciach wychodzi prosty.

Następnego dnia budzi nas miły Norweg z załogi, z radosną wiadomością, że jesteśmy już na miejscu w Longyearbyen. Zanim jednak zejdziemy na ląd, proponuje nam marynarskie śniadanie. Następnie za pomocą jakiegoś mini wodolotu zostajemy odstawieni do samego portu. W ten oto sposób, praktycznie cudem, udaje nam się zdążyć na wykupiony wcześniej samolot, którym mamy dotrzeć na stały ląd, a dokładnie do naszego samochodu zostawionego w Tromso.
Objuczeni bagażami łapiemy stopa, który podwozi nas na lotnisko. Do odlotu jest jeszcze kilka godzin, więc nie mogę przepuścić okazji, aby nie zwiedzić zabytkowego górniczego miasta, stolicy lodowej krainy - Longyearbyen.
Tomek jednak od razu rezygnuje z propozycji szybkiego maratonu. Zabieram niezbędny sprzęt foto i samotnie udaję się tym razem na piechotę w trzykilometrową wędrówkę z powrotem do miasteczka.
Longyearbyen Po drodze mijam jakieś zakłady przemysłowe związane z wydobyciem węgla. Dookoła wysokie góry pokryte łatami zeszłorocznego śniegu, z przycupniętymi u podnóża malutkimi, kolorowymi domkami. W oddali zwartą bryłą odcina się od otoczenia szarobłękitny lodowiec.
Niegdyś Longyearbyen było typowym miasteczkiem górniczym (w tym roku mija sto lat od chwili, kiedy John M. Longyear założył pierwszą kopalnię). Obecnie nadal wydobywa się tutaj węgiel, a rząd norweski stara się ściągnąć w te strony jak najwięcej obywateli, zachęcając ich bardzo niskimi podatkami i w miarę wysokim standardem życia. W tym niewielkim mieście jest więc prawie wszystko - od dobrze zaopatrzonych sklepów, po kawiarnie, kino i basen. Mimo wszystko chyba bym się nie skusił. Trudno jest mi sobie wyobrazić, jak długo można wytrzymać na tym końcu świata, gdzie nie ma drzew i zieleni, a słońce świeci tylko przez pół roku i to z rzadka, zaś przez kilka zimowych miesięcy panuje zupełna noc.

Po drodze mija mnie wiele samochodów i to nie byle jakich. Dominują najnowsze modele terenówek i trucków. Tu chyba każdy posiada samochód, pomimo że w okolicy Longyearbyen jest tylko około 40 km dróg. Dalej ciągną się już tylko dzikie i odludne tereny parków narodowych i ścisłych rezerwatów. W końcu odpuszczam sobie dalsze maszerowanie i łapię stopa. Jakiś ciemnoskóry ojciec z małym chłopcem zawozi mnie do samego centrum. Od razu poznaję charakterystyczny pomnik górnika prezentowany we wszystkich folderach i na pocztówkach ze Spitsbergenu. Samo miasteczko jest niewielkie, ma jednak swój specyficzny klimat. Znajduje się w nim zaledwie kilka sklepów, port, kościółek na wzgórzu, dwa muzea oraz małe osiedle jaskrawo kolorowych domków. Przed każdym z nich na zielonej trawce rozstawione są kolorowe skutery śnieżne. Miasto otoczone jest wysokimi górami i gdzie nie spojrzeć widać pozostałości dawnych szybów i rusztowań górniczych. W dużym sklepie sportowym można kupić niemal to samo, co w Warszawie. Pewną różnicę stanowi tylko wiszący obok kurtek i butów cały arsenał broni. Tutaj każdy mieszkaniec może bez zezwolenia stać się właścicielem dowolnej giwery. Do miasta czasami wpadają niedźwiedzie. Podobno kiedyś nawet jeden zjadł na obiad jakiegoś przewodnika wycieczki. Trzeba więc mieć się na baczności.
Nie zważając na te wszystkie opowieści, szwendam się po okolicy. Na chwilę wychodzi nawet słońce i pięknie oświetla całą okolicę. Jeszcze tylko wizyta w dużym centrum Informacji Turystycznej i czas wracać.


Spitsbergen, wejście na Fugla

30 czerwca - 2 lipca 2006
Nazajutrz zachmurzenie totalne. Pogoda w Arktyce jest zawsze jedną wielką niewiadomą. Trudno ją przewidzieć, gdyż na tym olbrzymim obszarze jest tylko kilka stacji meteorologicznych, w tym jedną z nich jest Polska Stacja Polarna Hornsund. Bardzo dużo zależy też od warunków lokalnych. Często w jednym miejscu jest pochmurno, a 100 km dalej świeci słońce.
Zupełnie niespodziewanie, około godziny 19.00 przejaśnia się, a pół godziny później robi się zupełnie bezchmurnie.

Długo będę przeklinał tę chwilę, w której podjąłem decyzję o wejściu na Fugla. Jest to góra wznosząca się tuż za bazą na wysokość prawie 560 m. Ponoć rozciąga się z niej wspaniały widok na lodowiec i cała panoramę gór. Trochę ponad 500 m to niby niewiele, ale na wycieczkę zabieram swojego wiernego przyjaciela - plecak ze sprzętem i statywem oraz koleżankę dubeltówkę (czyli razem 20+ kg).
Droga od początku jest wredna. Najpierw olbrzymie kamienie, potem grząskie fragmenty tundry i co jakiś czas pasy śliskiego śniegu. Momentami jest prawie pionowo, aż strach obejrzeć się do tyłu. Szlak jest nie przetarty, zupełnie dziki, znaczony jedynie pojedynczymi śladami lisów na śniegu. Oby nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby wytyczyć tutaj trasy jak w naszych Tatrach. Na szczęście tereny te mają status parku narodowego, więc istnieje duża szansa, że pozostaną w nietkniętym stanie na wieki. Kiedy już mniej więcej jestem w połowie trasy - niemiła niespodzianka. Chmury stopniowo zasłaniają niebo i dodatkowo nogi zaczynają trząść się pode mną ze zmęczenia. Ale przecież nie będę wracał. Co kilkanaście metrów robię krótkie przerwy, wcinam czekoladę i brnę dalej na szczyt. W końcu docieram do przełęczy. Po drugiej stronie inny świat - błękitno-biała kraina śniegu i lodowców. Niestety, pułap ciężkich, stalowych chmur rozciąga się tuż nade mną i widać jedynie pobliskie lodowe doliny, zaś sam szczyt góry jest zupełnie niewidoczny. No cóż, nie będzie mi dane wejść na samą górę. Przysiadam na dłuższą chwilę na kamieniu. Cieszę oczy pięknym widokiem fiordu i okolicznych gór, oświetlonych ostatnimi promieniami słońca.
Zgodnie ze zwyczajem Saamów dodaję swój kamyk na czubku usypanego kopczyka i powoli zbieram się w drogę powrotną.

Wraz z Tomkiem coraz bardziej jesteśmy zaniepokojeni o nasz powrót do domu. Mateusz, który ma zostać w stacji dłużej, śmieje się, że nie przyjechaliśmy tutaj na wycieczkę krajoznawczą, lecz na wyprawę, podczas której drobne przesunięcie rzędu dwóch, trzech tygodni jest jak najbardziej na porządku dziennym. Z pewnością ma rację. Nam jednak nie jest do śmiechu. Wiemy już, że nie przypłynie po nas statek Horyzont i nie zabierze nas do stolicy Svalbardu na samolot. W ogóle nie bardzo wiemy, jak się stąd wydostać. Praktycznie mamy dwie opcje - albo zabrać się za dwa tygodnie tym samym statkiem, którym przypłynęliśmy do Hornsundu (pod warunkiem, że będą miejsca i sprzyjająca pogoda), albo wprosić się na pokład jakiejś przypadkowej łodzi lub norweskiego helikoptera, który zabierze nas na stopa do stolicy - Longyearbyen.

Następny dzień nastraja nas melancholijnie, żeby nie powiedzieć smętnie. Znów jest pochmurno i wieje przejmujący, porywisty wiatr. Leniwie, bez celu snujemy się po stacji i jedyne co nas ratuje to komputery z dostępem do internetu. Silny wiatr robi jednak swoje - transmisja jest co chwila przerywana i z trudem można cokolwiek obejrzeć. "Wegetujemy", czekając na następny dzionek.

Z samego rana (tj. ok. 13.00) wpada do naszego pokoju polarnik, przez miejscowych zwany Rumcajsem, krzycząc już od progu:
- Chłopaki, w fiordzie jest jakiś kuter! Zagadajcie przez radio, to może was zabiorą!
- Eeee tam - odpowiadamy z Tomkiem bez przekonania, niespodziewanie wyrwani o tak wczesnej porze z głębokiego snu. Przewracamy się na drugi bok i ponownie próbujemy wpaść w objęcia Morfeusza. Po jakiejś chwili przychodzi jednak opamiętanie. Powoli zsuwam się z łóżka i idę sprawdzić kogo przygnało w te strony. Okazuje się, że jest to norweski statek naukowy z helikopterem na pokładzie, który przypłynął wymienić beczki z paliwem składowane nad brzegiem fiordu w pobliżu stacji, na wypadek akcji ratowniczej w tej okolicy (Longyearbyen znajduje się 100 km dalej w linii prostej). Dwa dni temu poprosiliśmy kierownika stacji o przesłanie zapytania do Norwegów, czy nie będą przepływać lub przelatywać w pobliżu i czy nie zabraliby ze sobą dwóch nieszczęśników. Odpowiedź była jednak negatywna. Czyżby zmienili zdanie?

Mamy piętnaście minut na dobudzenie się, spakowanie maneli i pożegnanie się z polarnikami. W panice ładujemy do toreb porozrzucane po pokoju brudne ciuchy, opróżniamy kieszenie z naboi i zbieramy porozwalane po szafce fotograficzne akcesoria.
Jak jednak spakować rogi renifera?
Na szczęście Norwegowie dają się namówić na kawę, a potem nawet na obiad, dzięki czemu nasz czas ewakuacji ulega znacznemu wydłużeniu.

Gości przyjmuje się z pompą. Do obiadu wjeżdża na stół czerwone wino. Piloci helikoptera odmawiają jednak spożycia alkoholu i z wielką ostrożnością sączą zaserwowany im kompot, pytając co i rusz, czy aby na pewno nie jest trunkiem wyskokowym. Cóż, widać polska "sława" dotarła nawet tu, na koniec świata. Wpisujemy się do pamiątkowej księgi, żegnamy z mieszkańcami stacji i wyruszamy w drogę.

Pod stacją stoi już helikopter, który transportuje nas na statek. To mój pierwszy lot i ciarki przechodzą mi po plecach, gdy momentalnie wzbijamy się pionowo w górę.
Norweski statek w porównaniu z naszą poprzednią jednostką jest trochę mniejszy, lecz za to w środku bez porównania bardziej komfortowy. Otrzymujemy dużą i przestronną, jak na warunki morskie, kabinę, normalnie przeznaczoną na szpital. Do naszej dyspozycji jest też przestronna messa z bogato zaopatrzoną lodówką, a na dolnym pokładzie siłownia (sic!). Zostajemy ugoszczeni obiadem, po którym zalegamy w łóżkach.


Spitsbergen, Zatoka Białych Niedźwiedzi

Następnego dnia po obiedzie pogoda nieznacznie się poprawia. Słońce niemrawo wygląda zza chmur, a ziemia, po całodziennym deszczu zaczyna intensywnie parować.
Wybieram się na spacer z myślą o fotografowaniu reniferów w tej nietypowej scenerii. Jednak im bardziej oddalam się od stacji, tym mocniej słońce przebija się przez ławicę chmur, a parowanie i lekka mgiełka ustępują pola przejrzystemu powietrzu. Po drodze spotykam tylko jednego, w kwiecie wieku renifera. Obojętnie spogląda na mnie spode łba, nie przerywając sobie w żuciu jakiegoś zielska. Daję mu święty spokój i ruszam dalej, na pobliski stok, aby poobserwować alczyki.
Tym razem nie zamierzam ich fotografować, ponieważ na dysku mam już ponad sto, w miarę udanych zdjęć tych ptaków. Rozsiadam się wygodnie na dużej skale, aby tylko poprzyglądać się tym małym, pociesznym ptaszkom. Wydają się wyjątkowo nerwowe. Cały czas kręcą główkami, to w lewo, to w prawo. Co parę chwil jeden z nich ląduje na czubku skały i brutalnie spycha swoich pobratymców. Niskie już słońce zaczyna ładnie podświetlać skrzydła ptaszków, więc nie mogę się powstrzymać przed wyciągnięciem aparatu. Przelatujące raz po raz mewy blade powodują, że co chwila setki ptaków podrywają się z wrzaskiem i niczym szarańcza zaczynają latać wkoło. Jest ich tak wiele, że momentami tworzą wręcz jednolitą, czarna plamę na tle ośnieżonych gór. Robi się zimno, czas wracać do bazy i coś przekąsić.

czytaj więcej »


Spitsbergen, fotografowanie reniferów

28 czerwca 2006
Kiedy budzę się następnego dnia, przez okno przebłyskuje słońce. Szybko zrywam się z łóżka i biegnę do drugiego okna z widokiem na morze. Przebijające się przez chmury promienie tworzą ciekawe refleksy na wodzie. Pospiesznie wciągam na siebie ciepłe ciuchy i biegnę na pobliski przylądek Wilczek.
Światło i sceneria za sprawą silnego wiatru zmieniają się błyskawicznie. Wypstrykana w ciągu godziny Velvia utwierdza mnie w przekonaniu, że warto było zrezygnować ze śniadania. Chwilę później chmurzy się całkowicie i świat znowu staje się szarobury.

Po obiedzie nie daję za wygraną i idę na dłuższą wycieczkę do doliny Revdallen nad jezioro Revallnet. Objuczony sprzętem foto oraz niezbędną dwururką kieruję się starą drogą w kierunku Hytteviki. Ostatni raz jeżdżono tutaj samochodem ponad 20 lat temu. Potem to miejsce znalazło się w granicach parku narodowego i transport samochodowy zlikwidowano. Wciąż jednak widać ślady kół na żwirze i tundrze. Ciekawe kiedy przyroda się z nimi upora?

Po dłuższym marszu z przystankami na fotografowanie bernikli w końcu docieram do rzeki. Tym razem nie zamierzam jednak forsować jej w butach, lecz kieruję się w górę potoku w stronę jeziora. Chwilę później okazuje się, że i tym razem nie da się przejść suchą nogą. Najpierw drogę przecinają mi niezliczone, szerokie strumyki zaopatrzone w dość spore, poskręcane odnogi. Potem buty na dobre grzęzną w nasączonej jak gąbka tundrze. Dla odmiany dalszy odcinek trasy prowadzi przez rumowisko skalne i przedziwnie napęczniały żwir, który wygląda tak, jakby został spulchniony przez dżdżownice giganty.
W oddali pałęta się stadko dorosłych reniferów, wokół których niezgrabnie biegają tegoroczne maluchy. Małe trzymają się z daleka ode mnie, tuż obok swoich mam. Przysiadam na kamieniu i zaczynam wcinać batony. Po jakimś czasie zauważam wyraźne zainteresowanie zwierzaków. Człowiek w tych rejonach to rzadkość, a już z całą pewnością szkraby widzą tego dwunożnego zwierza po raz pierwszy. Ciekawość reniferów jest na tyle silna, że pozbywają się swojej wrodzonej nieufności i podchodzą coraz bliżej i bliżej. Przyglądają mi się z zainteresowaniem i często wciągają w nozdrza powietrze, aby dokładnie obwąchać nieznanego delikwenta. Na koniec podchodzą tak blisko, że ciężko jest mi je skadrować nawet na ogniskowej setce. Piękne zwierzaki z sympatycznym błyskiem w oku i długimi, gęstymi rzęsami. Starsze łypią na mnie spode łba, spokojnie przeżuwając chrobotka.

Ruszam dalej. Brnę po parszywych, wielgaśnych kamieniach, aż w końcu docieram do celu - nad jezioro Revallnet. Ponad połowa jego lustra jest jeszcze zalodzona. Skaczę po nabrzeżnych kamieniach w poszukiwaniu śladów jakiegokolwiek życia w jeziorze. Podobno w jego wodach występuje autochtoniczna odmiana łososia, która osiadła na stałe w tym zbiorniku. Woda w jeziorze jest czyściutka, z lekkim osadem na dnie. Smakuje prawie jak Żywiec, oczywiście ten z plastikowej butelki. Wokół nieprzyjazny, surowy krajobraz - olbrzymia dolina usiana tysiącem głazów i odłamków skalnych, otoczona ośnieżonymi szczytami gór, niemal zupełnie pozbawiona roślinności. Jedynie gdzieś z boku znajduję jedną, samotną kępkę jaskrawo różowych naskalnic. Zaczyna mżyć deszcz, więc zbieram się do powrotu.

Wędrując do bazy, z niepokojem przyglądam się ujściu fiordu. Cały, aż po horyzont zawalony jest lodem. Co będzie z naszym powrotem do domu? Na stacji oglądamy mapy satelitarne. Okazuje się, że pas lodu sięga 30 - 40 km i istnieje duże prawdopodobieństwo, że nasz statek - Horyzont - nie wpłynie na czas do Hornsundu, a co za tym idzie nie zabierze nas do stolicy Svalbardu Longyearbyen i nie zdążymy na samolot.


Spitsbergen, zator w fjordzie

27 czerwca 2006
Kolejnego dnia w fiordzie zator. Gdzieś w południowo-wschodniej części Svalbardu pod wpływem ciepła i wiatru oberwał się wielki kawał morskiego lodu, a potem wiatry oraz prąd zatokowy Golfsztrom zapędziły go w okolice fiordu Hornsund. Pojawia się szansa zobaczenia i sfotografowania fok. Może też trafić się mors lub król Arktyki - niedźwiedź, dryfujący na oberwanym kawałku lodu.

Szybka decyzja - płyniemy na otwarte morze, tuż pod wielkie tafle paku lodowego. Jednak od decyzji do jej realizacji daleka droga. Przy brzegu mnóstwo grud lodowych. Wodowanie pontonu nie jest łatwe. Znosimy go i siłą wpychamy na lód. Koledzy wchodzą po pas do wody, zaś ja zostaję wytypowany do zrobienia krótkiej sesji zdjęciowej. Potem zaczyna się przepychanka z prawie tonowymi bryłami lodu. Uff, udaje się. Wypływamy z zatoki i kierujemy się na otwarte Morze Grenlandzkie.

W miarę krótkim czasie dopływamy do nieregularnego pasa lodu, który ciągnie się aż po sam horyzont. Intensywnie niebieski kolor niektórych brył lodowych i wody wokół nich przywodzi na myśl, że jesteśmy gdzieś nad jakimś ciepłym morzem. I tylko temperatura jakoś tak nie pasuje do tej wydumanej scenerii. Pływamy korytarzami pomiędzy wielkimi kawałami lodu. Niestety, fok ani innych morskich zwierzaków nie widać. Po kilku godzinach bezczynnego siedzenia w pontonie zaczynamy sztywnieć z zimna. Mateusz dla rozgrzewki przewozi nas na pełnym gazie po wzburzonych falach morskich. Na wszelki wypadek mocniej trzymam się linek. Od razu robi się cieplej. Bardzo żałuję, że pogoda nie dopisuje, bo ciągnąca się po horyzont kra robi na mnie duże wrażenie.


Spitsbergen, wyprawa pod Gnal

26 czerwca 2006
Dni szybko mijają i nieuchronnie dla mnie i dla Tomka zbliża się koniec naszego pobytu na Spitsbergenie. Trochę szkoda, bo nie zobaczyliśmy jeszcze wszystkiego. Wieczorem podejmujemy męską decyzję - nazajutrz, bez względu na pogodę, wypływamy. Planujemy popłynąć pod górę Gnall i z aparatem zapolować na ptaki gnieżdżące się w koloniach pod szczytem. Zamierzamy też wstąpić do miejscowej, zabytkowej chatki traperskiej.

Najmniej przyjemną czynnością związaną z pływaniem jest przygotowanie całego sprzętu do podróży. Ściągnięcie na wodę ciężkiego pontonu, doczepienie do niego prawie czterdziestokilogramowego silnika, a potem ubranie się w obcisłe kombinezony i załadowanie na pokład całego dobytku fotograficzno - żywieniowo - obronnego. Trudy przygotowań w pełni wynagradzają jednak późniejsze emocje związane z pływaniem po wodach Arktyki.
Z trudem przedzieramy się przez kawałki lodu pływające w pewnej odległości od brzegu i wypływamy na otwarte morze. Jest duża fala, a im dalej od brzegu, tym coraz większa. Buja niesamowicie. Co jakiś czas woda wlewa się do pontonu, a słone krople lecą nam prosto do oczu. Koledzy twierdzą, że jeszcze nie jest tak źle. Ponoć sytuacja może być mniej ciekawa w drodze powrotnej, kiedy fale będą atakowały rufę. No super.

Po ponad godzinie, szczęśliwie dopływamy pod wzgórze Gnall. Jest to wysoka, od połowy stoku pionowa góra, którą upatrzyły sobie na swoje domostwo dość spore kolonie mew trójpalczastych i nurzyków polarnych. Z pontonu dostrzegamy też zabytkowy hus, który z tego miejsca jawi się jako maleńka, brązowa plamka na tle wielkiej góry. Z bliska okazuje się, że nie grzeszy urodą. Podobny jest do innych husów - ot, taka mała budka kryta papą, wokół której walają się niepotrzebne deski i zardzewiałe beczki. Mimo że nie jest malowniczy, krążę dokoła z nadzieją, że uda mi się go ująć z jakiejś niezłej perspektywy.
Rozglądamy się za ptakami. Niestety, zła wiadomość - gnieżdżą się wysoko, tuż pod pionowym szczytem. Tomek od razu rezygnuje z wędrówki na rzecz ciekawszego dla niego makro. A zatem wyruszamy we dwóch z Mateuszem. Początkowo humory nam dopisują, bo ptaszory wyglądają tak, jakby siedziały na wyciągnięcie ręki (wszystko za sprawą niesamowicie przejrzystego powietrza). Potem, kiedy przechadzka zamienia się w mozolną wspinaczkę, zaczynam się niepokoić, tym bardziej że ostatni odcinek nachylony jest prawie pod kątem 45 stopni. Przez moment czuję, że zaraz wypluję płuca.
Po dotarciu na miejsce okazuje się, że mewy siedzą dosyć wysoko, zapewne w obawie przed lisami polarnymi. Również nurzyki polarne wyglądają tylko jak małe, czarne, ruchliwe plamy na tle skał. Tym razem nie wyjmuję więc sprzętu, lecz delektuję się samymi widokami. Światło jest niestety paskudne, a zachmurzenie totalne. Po dłuższej chwili odpoczynku schodzę w dół z zamiarem dokładnego obejrzenie husa.
W środku jest niezbyt przyjazny. Na podłodze standardowo lodowa pokrywa, a w wąskim holu kilka półek ze starymi butelkami i jakimiś stęchłymi szmatami. Dalej znajduje się mały pokoik z kilkoma pryczami, piec, stara lampa naftowa i poukładane drzewo na opał. Przez zabite i zakratowane okno wpada trochę światła. Na stole leży na wpół zgniły stary numer "Foto", jakieś zdjęcie oraz husowa księga. Cieszę się, że nie będziemy musieli tutaj nocować i jednocześnie trochę współczuję tym, którzy w takich warunkach i co gorsza w zupełnej samotności musieli tu kiedyś mieszkać.

Po kilku godzinach zbieramy się wszyscy przy husie i postanawiamy zwiedzić jeszcze najbliższą okolicę. Na czubku jednej z nadbrzeżnych skał dostrzegamy gniazdo mewy bladej. Trzy młode larusy wyglądają bardzo pociesznie, lecz dzieląca nas od nich przestrzeń uniemożliwia bliższe poznanie.
Zaczyna wiać coraz mocniej. Ostre porywy wiatru rozrywają chmury i chwilami pojawia się nawet słońce. Wypijamy gorącą herbatę z termosu, zagryzając ją batonami. Przy okazji organizujemy też małą sesję fotograficzna dla sponsora. Tym razem ja jestem głównym modelem - robię za wędkarza, a moim głównym rekwizytem jest właśnie kubek z parującą herbatą.
Czas w drogę powrotną. Płynięcie z falą okazuje się dużo przyjemniejsze. Nie buja i nie chlapie. Podobno jednak jest dużo bardziej niebezpiecznie, gdyż przy wolnym płynięciu lub w razie jakiejś awarii silnika fala może "dogonić" ponton i go zalać. Na szczęście Mateusz dowozi nas bezpiecznie do bazy.


Spitsbergen - przylądek Wilczek i lodowiec Hansa

21 - 25 czerwca 2006
Następnego dnia budzi mnie głośny dźwięk dzwonka i krzyk: - Obiaaad! Zawsze, kiedy zbliża się pora posiłku, obowiązkiem wachmistrza jest obejście całej stacji i donośnym krzykiem oraz dźwiękiem wielkiego kapitańskiego dzwonka zawiadomienie wszystkich o zbliżającej się uczcie. Każdy wierzy w swoje zdolności kulinarne i pragnie się nimi podzielić z innymi. Aby zapewnić sobie jak największą frekwencję, jak najgłośniej dzwoni dzwonkiem i raz po raz wykrzykuje, że można już przyjść do jadalni.
Wyglądam przez okno. Pogoda jak marzenie! Pospiesznie pałaszujemy więc obiad i wraz z Mateuszem wychodzimy na zewnątrz, w celu zaliczenia standardowych już punktów programu - wydrzyków, reniferów oraz okolicznego zielska. Tym razem szczęście wyjątkowo nam dopisuje, ponieważ trafiamy na płatkonogi i kaczki edredony. Zaraz jednak humor mi siada - dzikie toto, ucieka jak cholera, a ja nie mam ochoty i cierpliwości, aby się za tym uganiać. Kilka niezbyt udanych kadrów i odpuszczam, wracamy.

Na stacji wielkie poruszenie. Przybiega do nas jeden z polarników, Adam, i pyta:
- Widzieliście? Był niedźwiedź, tuż koło stacji!
Szybko wyciągam z plecaka 5D z czterysetką, ISO w górę. Nie będę przecież ganiał za uszatym z trójnogiem. Na wszelki wypadek od razu ładujemy rakietnicę oraz ostrą amunicję, a potem prędko biegniemy w teren. Wspinam się na pobliską górkę. Nerwowo rozglądam się wokoło. Nie chciałbym niespodziewanie znaleźć się oko w oko z białym przyjacielem. Niestety, z góry nic nie widać. Kolejne wzgórze i to samo - pusto. Szybkim krokiem udajemy się na przylądek Wilczka, patrolując po drodze wybrzeże. To właśnie tędy wiedzie przeważnie trasa białych niedźwiedzi. Skubańce włażą do lodowatej wody i płyną na drugą stronę fiordu w poszukiwaniu swojego przysmaku - mniej lub bardziej spasionych foczek. Lato w Arktyce nie jest najprzyjemniejszą porą roku dla niedźwiedzi. Bez pokrywy lodowej praktycznie nie są w stanie schwytać szybkiej foki i na większą ucztę muszą poczekać do jesieni. Głodne i smutne kręcą się samotnie po tundrze lub zaszywają się w swoich kryjówkach. Wchodzimy na wzniesienie na samym przylądku, skąd roztacza się doskonały widok na całą okolicę (kiedyś stała tutaj wieża obserwacyjna wielorybników, z której upatrywali swoje przyszłe zdobycze). Po misiu ani śladu. Może tym razem nie miał ochoty na morską kąpiel i wrócił w to miejsce, skąd przyszedł. Trudno, chyba nie będzie nam dane zobaczyć na własne oczy uszatego zwierza. Tomek nawet żartuje, że niedźwiedzie to taka arktyczna, marketingowa ściema.

Pod wieczór, wciąż żądny wrażeń, wyruszam samotnie w teren. Chcę wykorzystać ostatnie chwile ciepłego światła. Nadchodzi front, zrywa się wiatr, a złowieszcze chmury bardzo powoli, acz metodycznie odbierają błękit niebu. Wiatr świszczy w lufie dubeltówki przerzuconej przez ramię. Szybkim krokiem maszeruję w stronę tundry rozciągającej się po zachodniej stronie stacji. Zielone połacie zielska przypominają trochę nasz rodzimy mech. Porastają to miejsce aż po horyzont, gdzie ograniczają je dopiero wysokie wzgórza. Wszystko jest wilgotne i bardzo miękkie, przez co mój statyw niepokojąco buja się na boki. Ustawiam się bokiem do słońca, a moja dwudziestka czwórka z Velvią na pokładzie obejmuje spory obszar tej zielonej krainy z górami w tle. Na chwilę przysiadam na pobliskiej skale - wspaniała kraina. Już dawno żaden krajobraz nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak ten tutaj, dziki, pierwotny, nie tknięty ludzką ręką.

Kolejne dni spędzamy w bazie. Pogoda jest dołująca - porywisty wiatr, maksymalne zachmurzenie i przelotne deszcze. Tracę poczucie czasu, śpię po kilkanaście godzin dziennie, a stacja staje się dla mnie w pewnym sensie więzieniem. Niby mam tu czego dusza zapragnie - ciepły pokój, dobre żarcie, telewizję, internet, a mimo to wpadam w pewien stan odrętwienia i wszystko staje mi się obojętne. Zaczyna mi brakować zieleni i drzew oraz wschodów i zachodów słońca. Może zabrzmi to dość dziwnie w ustach zapalonego ekologa, ale brakuje mi też samochodu, który daje mi swego rodzaju wolność, kiedy mogę usiąść za kierownicą i pognać przed siebie w nieznane. Dla większości osób taki wakacyjny wyjazd zapewne nie byłby atrakcyjny. Cóż przyjemnego w tym, aby skazywać się na pogodę przypominającą nasz polski listopad? Ja jednak jak zahibernowany uparcie trwam w tej dziwnej rzeczywistości w nadziei, że los się odmieni i za jakiś czas znowu wyjdzie słońce.

Budzę się o 11.00., to znaczy o 23.00. To już trzeci dzień koczowania w bazie. Niespodziewanie wiatr ustaje. Cała okolica tonie w szarej, gęstej mgle, która nagle staje się dla mnie impulsem, Hornsund aby jak najszybciej wyrwać się z tej cholernej stacji i choć przez chwilę pokręcić się między skałami.
Szybko zakładam termoaktywną bieliznę, polar setkę, spodnie i kurtkę przeciwdeszczową. Zabieram też arktyczny niezbędnik, czyli pas z rakietnicą, dubeltówkę, komplet naboi oraz radio - ukaefkę. Na stacji impreza - imieniny jednego z polarników. Wypijam setkę za jego zdrowie i ruszam w drogę, w kierunku lodowca Hansa.

Tuż przed budynkiem stacji urzęduje rozgadane stadko bernikli. Jak lis skradam się powoli ze swoją czterysetką. Ptaki są jednak wyjątkowo płochliwe, zaczynają głośno gęgać i w popłochu przed dwunożnym intruzem zrywają się do lotu. Po raz kolejny zaczynam zastanawiać się nad swoim zachowaniem. Mam wyrzuty sumienia, że niepokoję je tylko po to, aby zrobić im zdjęcie. Rozglądam się za jakimś krajobrazem. W wodach fiordu pływają odłamki lodu, niektóre są nawet dość spore. Na jednej z takich niebieskich, lodowych górek przysiadły mewy. Trochę dalej, na brzegu lądu powstało niewielkie jezioro z pośniegowej wody, z którego bystrym strumieniem wypływa potok meandrujący w stronę zatoki. Tuż obok przysiadło stado edredonów. Podchodzę do nich i znów czarno-białe kaczory uciekają w popłochu.

Idę dalej. Przede mną duża morena pozostawiona przez cofający się lodowiec. Krajobraz jak na Księżycu. Nieregularne hałdy żwiru, góry kamieni i ani jednej oznaki życia. Lodowiec jak zwykle robi na mnie wrażenie. Jego potężne, niebieskie cielsko wyraźnie odcina się na tle szaroburego otoczenia, a dudniącą w uszach ciszę, co jakiś czas, niczym grzmoty pioruna, przerywają trzaski pękającego lodu. Jest strasznie i ponuro, a gęsta mgła zasłania nawet pasmo gór przylegające do ściany lodowca. Tylko dwie samotne mewy siedzące na pobliskim kamieniu są świadectwem tego, że kraina ta ma swoich stałych mieszkańców. Powoli mgła zaczyna się skraplać, a chwilę później przechodzi w regularny deszcz. Czas wracać do bazy.


Spitsbergen - Palffyodden i zatoka Gashamna

20 czerwca 2006
Dwa dni później niespodziewanie późnym popołudniem pogoda poprawia się. Wiatr ustaje i lekko przebłyskuje słońce. Wypływamy z fiordu na otwarte Morze Grenlandzkie i kierujemy się w stronę południowej części Svalbardu do Palffyodden. Tym razem płyniemy w czwórkę razem z kolegą polarnikiem, góralem Witkiem.

Długo krążymy pomiędzy niebezpiecznymi szkierami, aż w końcu dobijamy do brzegu, tuż koło traperskiego husa. Na pierwszy rzut oka chatka wydaje się niepozorna i mało atrakcyjna, przy bliższym poznaniu jednak wyraźnie zyskuje. Oczami wyobraźni widzę trapera siedzącego na drewnianej ławce, czyszczącego broń i oprawiającego foki lub upolowanego niedźwiedzia. Tak jak wszystkie husy na Spitsbergenie, ma specjalne zabezpieczenia przed niedźwiedziami - wielkie belki służące do blokowania drzwi i okiennice zasunięte dwoma dużymi zasuwami. Ponoć białe misie z chęcią zajadają się zawartością puszek pozostawionych w husie. Brutalnie nadgryzają metalową puszkę, a potem wysysają smakowite mięso. Niestety, misie nie należą do zbytnio wychowanych i przy okazji konsumpcji demolują co się da, stąd te zabezpieczenia przy drzwiach i oknach husa. Białe futrzaki są jednak nie w ciemię bite. Potrafią obejść wszelkie belki i zasuwy, wpychając się do środka od góry, przez dach.
Podłoga w przedsionku husa jest cała oblodzona i trzeba stąpać ostrożnie, aby się nie przewrócić. W obszernych pomieszczeniach wyraźnie czuć ducha minionych czasów - stare, żeliwne piece, rozklekotany stół, zbite z desek piętrowe łóżka, drewniane klapki, a pod sufitem bujające się zardzewiałe lampy naftowe. Wyruszamy w drogę. Zataczamy coraz większe kręgi wokół chatki. Okolica trochę nas rozczarowuje. Liczyliśmy na zieloną, ciągnącą się aż po horyzont tundrę, liczne stada gęsi i innego ptactwa, a tym czasem zastaliśmy mało gościnną, kamienistą równinę. Atrakcją są tylko biegające renifery oraz porzucone przez nich poroża, w takiej ilości nie spotykane w innych miejscach na Spitsbergenie.

Płyniemy dalej do zatoki Gashamna, dawnej osady wielorybniczej. Po wiosce założonej w XVII w. przez angielskich i holenderskich łowców wielorybów pozostały jedynie podmurówki domów, porozrzucane wokół deski i wielgaśne kości wielorybów. Szkielety powoli zapadają się w tundrze. Porasta je mech i pojedyncze kępki kwiatów. Czas działa na korzyść przyrody. Zabliźnia rany zadane jej przez człowieka. Białe szkielety są świadectwem krwawych czasów, które na szczęście odpłynęły w niepamięć. Opamiętanie przyszło jednak zbyt późno i obecnie, mimo upływu wielu lat, nie ma już w wodach fiordu wielorybów, zaś morsy są wyjątkową rzadkością. Te malownicze, rozległe tereny pozostają uśpione, na wpół martwe.

Potem kierujemy się do starego rosyjskiego husa Konstantinovki pamiętającego czasy szwedzko-rosyjskiej ekspedycji naukowej z lat 1899/1902. Jego dni są już wyraźnie policzone, a to za sprawą wszędobylskich niedźwiedzi, które naruszyły dach i osłabiły całą konstrukcję budynku. Wewnątrz chatki stoi stary, zabytkowy piec, po kątach walają się zniszczone meble przysypane deskami, a wiatr hula w szparach i wybitych oknach. Obok husa natrafić można na resztki sprzętów i podmurówki przykryte warstwą zeszłorocznego śniegu. Całość raczej przygnębia i skłania do dalszej wędrówki.

Po kilku godzinach pogoda tradycyjnie już pogarsza się. Mimo to postanawiamy odwiedzić pobliskie "kamienne miasto" - olbrzymie głazy wielkości małych domów, które pewnego dnia, wieki temu spadły z gór wyrastających obok na wysokość kilkuset metrów. Miejsce jest tajemnicze, niepowtarzalne, wręcz unikalne, dlatego żałuję, że nie ma dobrego światła, które podkreśliłoby jego walory.
Kilka godzin ciągłego marszu robi swoje. Ze zmęczenia potykam się na kamieniach i o mały włos nie rozbijam sprzętu na skałach. A jednak marzy mi się, żeby jeszcze kiedyś tu wrócić.

W drodze powrotnej płynąc w pontonie wesoło podskakującym na wodzie, z podziwem przyglądamy się szybującym w przestworzach fulmarom. Kiedy rok wcześniej obserwowałem je w Szkocji, wydawało mi się, że są bardzo podobne do mew. Dopiero teraz dostrzegam z jaką gracją fruną tuż nad powierzchnią morza, czubkami skrzydeł muskając taflę wody. Delikatnie unoszą się w górze, umiejętnie wykorzystując strumienie powietrza. Z szeroko rozpostartymi skrzydłami przypominają ogromne, szaro-białe szybowce.


Spitsbergen, lodowiec Paierlbreen

17 - 19 czerwca 2006
Następnego dnia budzi mnie głośny szum fal. Spoglądam na zegarek - godzina 6.00. Przeciągam się, wychodzę przed husa, patrzę na niebo i zaczynam zastanawiać się nad dziwnym położeniem słońca. Czyżbym spał tak krótko? Przecież położyliśmy się dopiero ok. 4 nad ranem.
Po chwili przychodzi olśnienie - jest już 18.00! Budzę współtowarzyszy, szybko wcinamy pyszne kanapki z przeterminowaną mielonką zapijane pośniegową wodą, na deser połykamy kilka pastylek - witaminek typu Vigor i wyruszamy w drogę.

Pogoda jest trochę gorsza niż poprzedniego dnia. Wieje wiatr, a chmury bawią się w ciuciubabkę ze słońcem.
Płyniemy pod lodowiec Paierlbreen w poszukiwaniu fok i ciekawych pejzaży. Cały czas liczymy też na spotkanie z niedźwiedziem. Mateusz sprawnie manewruje pontonem, aby nie zderzyć się z pływającymi górami lodowymi. Niektóre wyglądają na niewielkie, w rzeczywistości zaś niemal w całości są zanurzone w wodzie i przez to niebezpieczne, inne straszą rozmiarami ogromnej ciężarówki. Miejscami gładkie, miejscami ostro poszarpane i głęboko spękane. A wszystkie brudno białe lub intensywnie błękitne.
Wyłączamy silnik, płyniemy w ciszy w nadziei, że za chwilę spotkamy foki. Niestety, dookoła pustka i tylko przelatujące nisko nad wodą fulmary, niewielkie stada nurzyków oraz pojedyncze maskonury świadczą o tym, że istnieje tutaj życie. Mateusz stara się podpłynąć do nich jak najbliżej. Jesteśmy w pełnej gotowości bojowej - w rękach zestawy z długimi lufami. Ptaki jednak, o dziwo, jak na Arktykę są wyjątkowo płochliwe i nie dają podpłynąć do siebie bliżej niż na odległość 5 metrów.

Zatrzymujemy się na chwilę, aby podpompować ponton. Nie jest to już najnowszy sprzęt i po kilku godzinach pływania schodzi z niego powietrze. Przed wyjściem na brzeg nerwowo rozglądamy się we wszystkie strony, czy czasem gdzieś za górką nie urzęduje biały miś. Na szczęście teren czysty i można bezpiecznie zejść na ląd.
Targają nami sprzeczne uczucia. Z jednej strony jesteśmy zawiedzeni, gdyż bardzo liczyliśmy na spotkanie z uszatymi, które ponoć w tym rejonie pojawiają się najczęściej, z drugiej zaś strony cieszymy się, że nie musimy odbezpieczać broni. Rozstawiam statyw, w oddali majaczą pojedyncze, kontrastowo podświetlone pagórki, a nad nimi rozciągają się drapieżne chmurzyska.
Raz po raz strzela migawka, raz po raz nawiedza mnie myśl, że Arktyka jest naprawdę piękna.

Po kilku godzinach pływania głód wyraźnie daje się nam we znaki. Ile można wcinać czekoladę i batoniki? Zarządzamy powrót.
W husie czeka na nas pyszna wojskowa zupka z proszku plus również wojskowy chleb, szczelnie zabezpieczony podwójną folią. A do tego do wyboru - lekko wywietrzała kawa lub herbata, którą można posłodzić skawalonym cukrem, najlepiej starannie porąbanym przez spożyciem. Wilczy głód doprawiony wrażeniami z wędrówki wystarcza, aby stwierdzić, że dawno nie jadło się takich pyszności.
Po jedzeniu siadamy przed husem. Po drugiej stronie fiordu pojawia się kolorowy statek z grupą turystów, którzy płyną na objazdową wycieczkę po Arktyce. A wszystko to za grubą kasę. Śmiejemy się, że będą nas fotografować jako atrakcję turystyczną - miejscowe dzikusy mieszkające w szałasie, dla których cywilizacja zatrzymała się na etapie kamienia łupanego. Myślę sobie, że w końcu jestem rozgrzeszony za te wszystkie ostatnio fotografowane babuleńki przy starych drewnianych chatkach i tych dziadków orzących pola pługiem i z pomocą konika, którym bądź co bądź robiąc zdjęcia w pewnym sensie kradłem duszę.
W głębi serca jednak bardzo współczuję tym wycieczkowiczom. Wykupują drogą wycieczkę na Spitsbergen, a oglądają go prawie i wyłącznie przez okno luksusowego statku. Nie są w stanie poczuć klimatu tego miejsca. Nie mają okazji dotknąć lodowca, przejść się po brzegu z uczuciem strachu przed niedźwiedziem czy posłuchać szumu topniejącego lodowca. Wszystko jest komercyjne, banalne i płytkie - "Szanowni Państwo, właśnie przepływamy koło lodowca. Proszę przygotować komórki, będzie można zrobić ładną, pamiątkową fotografię. Proszę tylko bardzo uważać przed wyjściem na pokład, ponieważ wieje silny wiatr".

Następnego dnia pogoda do bani. Mgła spowija całą okolicę, a do tego pada deszcz. Szybka zmiana planów - pakujemy się i wracamy na stację. Po drodze mijamy kolejny statek turystyczny. Mateusz kieruje ponton prosto na niego, a my z Tomkiem dowcipkujemy, że chyba zaczniemy zbierać kasę do kapelusza za organizowanie miejscowego folkloru - Hornsundczycy na pontonie.

Do stacji daleka droga. Płyniemy środkiem fiordu, skąd brzeg jest prawie niewidoczny. Deszcz zacina coraz mocniej. Szczelnie okrywam się kurtką, zakładam gumowy kaptur Hansena, który wgniata moją szyję w ramiona i wyraźnie ogranicza ruchy. Z głową wciśniętą w tułów, schowany na dnie pontonu czuję się jak mały maskonur.

W końcu docieramy do stacji. Już z daleka dostrzegamy statek turystyczny. Na dziś atrakcją jest zwiedzanie Polskiej Stacji Polarnej. Śmiejemy się, że kierownik ma trochę roboty, aby ugościć 50 lub więcej osób. Po brzegu drepczą w przeważającej części emeryci, ubrani w kolorowe, markowe kurteczki. Chłopcy z obsługi pomagają im wejść do pontonu. Na zachodzie realia są inne niż w Polsce i ludzie na emeryturze cieszą się nie tylko wolnym czasem, ale i zaoszczędzonymi pieniędzmi, które w końcu mogą wydać na podróż swojego życia.
Wchodzimy do budynku. Po dwóch dniach dzikiego koczowania w husie, ciepły pokoik, prysznic i obiad złożony z dwóch dań przywodzą na myśl luksusowy hotel. Zerkamy na prognozę pogody. Ze względu na duże zachmurzenie możemy sobie pozwolić na dwudniowe leniuchowanie, przeglądanie zdjęć zrzuconych z karty pamięci do laptopa i odespanie trudów minionych dni.


Spitsbergen, wyprawa w głąb fiordu Hornsund - Burgerbukta i Brepollen

16 czerwca 2006
Po nocnym czuwaniu przy radiostacji w końcu nastaje wyczekiwana chwila - wyruszamy na kilkudniową wyprawę w głąb lądu. W planie mamy dotarcie na sam koniec fiordu Hornsund, podpłynięcie pod czoło lodowców, a następnie zwiedzanie starego husa na przylądku Gnall oraz eksplorację terenu pod kątem gniazdujących tam ptaków. Naszym nowym miejscem zakwaterowania ma być mały drewniany hus, samotnie stojący gdzieś na odległym pustkowiu. Do naszej dyspozycji mamy ponton - Zodiak z nowiutkim czterosuwowym silnikiem Yamacha 25 KM. Całość waży ok. 200 kg, więc wodowanie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza że brzeg jest kamienisty i nie ma przy nim żadnego pomostu.

Upychamy wszystkie manele do środka. Oprócz sprzętu foto, ubrań owiniętych w foliowe worki i jedzenia zabieramy jeszcze duży worek z drewnem na opał, komplet broni, wiosła oraz dwa 25-litrowe kanistry z benzyną. Sami ubieramy się w znane nam już pomarańczowe kombinezony z pianki typu Hansen.

Pływanie po arktycznych wodach dostarcza sporych emocji. Mkniemy z dużą szybkością pomiędzy przybrzeżnymi szkierami, co jakiś czas wysoko podskakując na falach. Rozpryskująca się woda zalewa ponton i ochlapuje nasze twarze, pozostawiając białe, nieforemne plamy soli. Im bardziej oddalamy się od stacji, tym bardziej krajobraz się zmienia. A wszystko to za sprawą mniejszego wpływu ciepłego prądu zatokowego - Golfsztromu.
Docieramy do krainy, w której króluje wieczna zima. Skały niemal w całości przykryte są twardą skorupą śnieżną. Pomiędzy nie wdzierają się długie jęzory lodowców. Musimy płynąć ostrożnie, gdyż na wodzie jest mnóstwo śryżu (drobne igiełki i blaszki lodu zbite w gąbczastą, nieprzezroczystą masę), a poza tym co i rusz omijamy olbrzymie, niebieskie skały lodowe. Czas szybko mija, tym bardziej że po drodze zaliczamy sesję fotograficzną z pontonu.

Jeszcze przed wyjazdem z kraju liczyłem, że mając do dyspozycji środek pływający będziemy mogli w każdej chwili przycumować do brzegu, wyjść i porobić zdjęcia. Rzeczywistość okazuje się jednak zupełnie inna. Arktyczne brzegi zupełnie nie przypominają gładkich plaż nad polskimi jeziorami czy rzekami. Z reguły są kamienisto - żwirowe, a pomimo braku fal na otwartej wodzie, tuż przy brzegu jest tzw. przybój, czyli tworzą się fale, które mogą zalać, a nawet przewrócić ponton.
Przekonuję się o tym podczas naszego pierwszego lądowania. Mateusz spokojnie, na wolnych obrotach dopływa do brzegu z uniesioną kolumną silnika, aby nie zaczepić śrubą o kamienie. Rozglądam się ciekawsko po okolicy, gdy niespodziewanie fala zalewa cały tył naszej "łajby". Szybka akcja - wskakujemy po pas do wody, Tomek rzuca mi napompowany 1,5 - metrowy wałek, który umieszczam pod dziobem pontonu. Potem we trzech staramy się jak najszybciej wciągnąć ponton na brzeg. Nie jest to jednak proste zadanie, ponieważ silne fale sztormowe utworzyły na brzegu żwirowy wał, przez który należy przeciągnąć załadowany po brzegi ponton, aby z powrotem nie odpłynął na środek fiordu. Szybko przerzucamy plecaki ze sprzętem, broń, jedzenie i z trudem przeciągamy ponton jak najdalej od wody. Nie jest lekko. Nic więc dziwnego, że szybko zapominam o pomyśle częstych przystanków.
W ten oto sposób docieramy na przylądek Treskelen do husa Horridonia.

Chatka ta została zbudowana przez paleontologów w 1974 r. Gdzieś w tym miejscu znaleźli oni kości dinozaurów i inne niezwykłe skarby. Wybudowali domek wzorowany na traperskich husach, aby lepiej od namiotu chronił ich przed niezbyt sprzyjającą aurą. Obecna chatka jest "duplikatem". Zbudowano ją w 1987 r., gdyż poprzednia wersja nie przypadła do gustu miejscowym niedźwiedziom, które rozniosły ją w drzazgi. Obecny projekt został chyba zaakceptowany przez białe futrzaki, gdyż stoi tu już prawie od dziesięciu lat i dobrze służy zarówno polarnikom, jak i naukowcom.

Hus nie jest zbyt urodziwy. Na zewnątrz przypomina zwykłą altankę działkową, z dachem i ścianami pokrytymi papą. Z przodu ktoś zamontował stare, drewniane, czerwone wiosło z napisem "Witojcie". Uwagę przykuwają olbrzymie bale służące do tarasowania drzwi wejściowych - to barykada przed czworonożnymi białymi przyjaciółmi, na wypadek gdyby zarzuciły przyjazne zamiary i zapragnęły dostać się do środka. Wnętrze, choć ubogie, ma swój specyficzny klimat. Po bokach stoją dwa piętrowe łóżka, stolik i piecyk z kominkiem do ogrzania husa oraz przyrządzania posiłków. Na wyposażeniu są też materace, garnki, sztućce i trochę jedzenia - puszki, herbatniki, kawa i coś dla spragnionego - resztki szkockiej whisky. W zwyczaju jest przywożenie ze sobą świeżego jedzenia, lecz w pierwszej kolejności należy zjeść to, co znajdzie się na miejscu. Zasada polarnika głosi, że można zjeść wszystko pod warunkiem, że data przydatności do spożycia wybita na opakowaniu nie przekroczyła 5 lat. Chodzą jednak słuchy, że są tacy, którzy zjadali puszki przeterminowane 8, a nawet 10 lat i też żyją. Zaczynam nerwowo szukać daty na opakowaniach husowych puszek - uff... tylko 2 lata po terminie.

Zostawiamy nasze rzeczy, w tym część sprzętu fotograficznego (tutaj nikt nie kradnie) i wyruszamy na rekonesans po okolicy. Jest prawie bezwietrznie, a po niebie płyną pojedyncze, białe obłoki. Pierwszy przystanek robimy na samym końcu przylądka Treskelen.
Wędruję to tu, to tam, przeskakuję między skałami i dzięki aparatowi utrwalam to, co lubię najbardziej - dzikie krajobrazy. Jak okiem sięgnąć nie ma żadnych śladów cywilizacji, tylko na czubku góry ktoś poukładał kamienie jeden na drugim, tak jak to czynią Lapończycy. Robimy pamiątkowe zdjęcia i płyniemy dalej.

Przebijamy się przez gęstą warstwę pływającego lodu i podpływamy prawie pod samo czoło jednego z lodowców. Jest ogromny, pokarbowany niczym spieczone ciasto, przykryty śnieżnobiałą warstwą śniegu i w słońcu mieni się wszystkimi możliwymi odcieniami błękitu. Na samym jego środku utworzył się duży lej, przypominający jaskinię, przez który odpływa woda z topniejącego lodu.
Okolica w tym miejscu wydaje się martwa, nie ma żadnych ptaków, a ciszę przerywa jedynie przedziwny, monotonny szum. To topiące się kawałki lodowca pod wpływem uwalniającego się powietrza wytwarzają te charakterystyczne dźwięki. Wykorzystali to przedsiębiorczy właściciele luksusowych restauracji i serwują go do drinków, a snoby płacą krocie tylko po to, aby delektować się szumiącym trunkiem. Schodzimy nad brzeg morza. Czuję się jakbym chodził po innej planecie. Grzęznę w czarnym, polodowcowym piachu i potykam się o pojedyncze kawałki lodu. Błękit nieba, wody i lodu jest tak intensywny, że aż nierealny. Jest dziewiczo, zupełnie pusto i głucho. Wpatrując się w miejsce, gdzie niebo styka się z taflą morza, myślę o tym, że dobrze by było, gdyby nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby zbudować tu hotel albo zacząć wydobywać ropę lub jakieś inne surowce naturalne. Ta kraina na zawsze powinna zostać w nienaruszonym stanie.


Spitsbergen, relacja - kucharska wachta na stacji

15 czerwca 2006
Jest już czwartek 15 czerwca. Po emocjach poprzedniego dnia budzę się dopiero ok. 13.30, czyli w porze obiadu. Dziś jest dzień, kiedy po południu we trzech przejmujemy wachtę.
Na stacji nie ma etatowego kucharza ani sprzątaczki, więc wszystkie prace wykonywane są przez członków załogi i gości. Do głównych obowiązków należy przygotowanie dwóch posiłków śniadania i obiadu dla całej grupy, sprzątanie pomieszczeń oraz całonocny dyżur przy radiostacji. Do naszej dyspozycji jest ogromny, dobrze zaopatrzony magazyn, a w nim duże ilości różnorodnego żarcia. Od mrożonego mięsa i ryb, ciut przeterminowanego Łaciatego, kwitnących w kącie kartofli i cebuli, wszelkiego rodzaju makaronów po niezliczone słoiczki i paczuszki przypraw. Oddzielny lokal po brzegi zastawiony jest puszkami, napojami i zapychaczami, typu ketchup i musztarda. Tu też znalazł schronienie nasz wspaniały, żołnierski chlebek przywieziony z Polski. Ku naszemu zdziwieniu nie cieszy się on jednak zbyt dużym wzięciem, a polarnicy wolą własne wypieki przygotowane w specjalnej maszynce.

Zanim jednak obejmiemy wachtę, w związku z planowaną przez nas dłuższą wycieczką w głąb fiordu, otrzymujemy broń dwie dubeltówki, rakietnicę i naboje, które mają nam służyć do końca pobytu (oby się ani razu nie przydały). Ponieważ nigdy jeszcze nie strzelałem, zostaję wytypowany do odbycia przyspieszonego szkolenia. Najpierw trochę suchej teorii, nauka obsługi i czyszczenia dwururki, a potem już tylko egzamin praktyczny.
Spotyka mnie zaszczyt - mam być szkolony przez samego zawodowca Tomka, weterana wojny w Iraku. Z sercem i bronią na ramieniu idziemy w odległe miejsce na tyłach stacji i wybieramy cel w postaci starej, podziurawionej beczki.
Dwa pierwsze strzały nie należą do najszczęśliwszych, ale trzeci nie jest już chybiony. I właśnie za sprawą tego strzału staję się strzelcem wyborowym.

Chętnie postrzelałbym jeszcze, ale brak naboi oraz związane z wachtą obowiązki zmuszają nas do powrotu. Na szefa kuchni typujemy Mateusza. I słusznie - na obiad wjeżdża na stół wyśmienite danie z rybą w roli głównej. Nie mniejsze zasługi ma Tomek, które na śniadanie zabłysnął parówkami w bekonie, a potem pyszną zupą. Co do mnie, to z uwagi na moje ograniczone zdolności kulinarne, zostaje mi tylko (albo aż) mycie garów i odkurzanie.


Spitsbergen, Ralstranda oraz Przylądek Wilczek

14 czerwca 2006
Następnego dnia pełne zaskoczenie - świeci słońce i niebo niemal w całości jest bezchmurne!
Moje zdziwienie wynika z faktu, że kiedy wcześniej studiowałem prognozy pogody i warunki meteo z Hornsundu z ostatnich kilku miesięcy, to wynikało z nich niezbicie, że bezchmurna pogoda w tym miejscu jest ewenementem, zaś do standardu należy zachmurzenie 8/8.
Jak miło jest popatrzeć po prawie tygodniu niepogody na słońce i błękitne niebo.

Pospiesznie wcinamy śniadanie i zaraz potem wyruszamy w teren. Obiektem naszych zainteresowań po raz kolejny stają się alczyki. Wchodzę wysoko na górę. Dokoła mnie siedzi mnóstwo małych, przesympatycznych ptaszków. Nerwowo kręcą długimi szyjkami, rozglądają się na boki i co jakiś czas z zaciekawieniem unoszą w górę łebki, wesoło szczebiocząc. Z tą swoją wesołością i nadmierną ruchliwością wyglądają dość zabawnie. Po dłuższej chwili oswajają się ze mną i zaczynają podlatywać nawet na odległość dwóch metrów. Raz po raz w stadzie wzrasta niepokój i ptaki w panice podrywają się do lotu. To wszystko za sprawą kręcących się w pobliżu mew bladych - alczykowych morderców. Te duże ptaki o ponad metrowej rozpiętości skrzydeł potrafią na raz połknąć małego ptaszka, ciężko im jednak schwytać pojedynczą sztukę w olbrzymim stadzie. Nic więc dziwnego, że ptaszki garną się do siebie, zapominając o wszystkich wcześniejszych niesnaskach.

Rozglądam się wokół siebie. Z tego miejsca roztacza się wspaniały widok na ośnieżone szczyty gór, ciągnące się długim łańcuchem po drugiej stronie fiordu. W dole, na pierwszym planie ciemną plamą odcinają się zabudowania stacji polarnej. Wokoło pomiędzy skałami na kolorowej tundrze kręcą się pojedyncze renifery. Byłoby idealnie, gdyby nie to, że dokucza przejmujący, lodowaty wiatr. Przez cały dzień, z przerwą na obiad, kręcę się po okolicy. Staram się jak najwięcej zobaczyć, jakbym wyczuwał, że lada chwila przestanę cieszyć się ciepłymi promieniami słońca. I rzeczywiście, wieczorem niebo pokrywa się gęstą warstwą chmur i nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie coś zmieni się w tej materii.

Kolejnego dnia planujemy dalszą kilkunastokilometrową wycieczkę na zachód od stacji. Mateusz roztacza przed nami kuszącą wizję spotkania z gęsiami oraz lisami polarnymi, inaczej zwanymi pieścami. Pogoda niestety pochmurna. Z uwagi na dosyć długą trasę rezygnujemy z obiadu.
Zgodnie z obowiązującymi w stacji zwyczajami, przed wyjściem wpisujemy się do specjalnej książki, podając trasę wycieczki, przewidziany czas powrotu i godzinę alarmową. Wszystko to w razie jakiegoś wypadku, aby było wiadomo, gdzie nas szukać.
Gęsiego przemierzamy tereny, które nie zostały jeszcze poddane naszej eksploracji. I nagle pierwsza niespodzianka - drogę przecina nam spora rzeka Revelva uchodząca z pobliskiego górskiego jeziora. Ominięcie go nie wchodzi w grę ze względu na odległości i trudny do pokonania teren. Potok na szczęście nie jest głęboki, najwyżej do łydek, za to szeroki, a temperatura wody bliska zeru. W pierwszym momencie przychodzi mi do głowy, aby zdjąć buty i przejść na bosaka. Szybko jednak Tomek wybija mi ten pomysł z głowy. Dziarsko wstępujemy w "odmęty" rzeki, nie przejmując się, że lodowata woda wlewa się nam do butów i niepokojąco chlupie przez pierwsze kilkanaście metrów. I wtem druga niespodzianka - chmury odpływają w siną dal, niebo rozpogadza się i z minuty na minutę robi się coraz cieplej. Zapominam więc o mokrych skarpetach, gnam do przodu, tym bardziej że w oddali dostrzegam drapieżne ptaki północy - wydrzyki.Po raz pierwszy widziałem je w Norwegii, potem w Szkocji. Za każdym razem były nieufne i z trudem udawało mi się je sfotografować.
Szybko wyciągam z plecaka czterysetkę, podpinam ją do cyfrowego body i powoli skradam się do ptaka. Odnoszę wrażenie, że jest bardzo inteligentny. Najpierw przygląda mi się z bezpiecznej odległości, następnie podrywa się do lotu i szybuje tuż nad moją głową, chwilami wręcz płynnie tak, jakby chciał obejrzeć mnie sobie z bliska. Chwilę później, kiedy jestem już w pewnym sensie oswojony, siada dosłownie tuż przed moim obiektywem i cierpliwie pozuje jak prawdziwa profesjonalna modelka. Nigdy wcześniej nie dostrzegłem takiego zachowania u dzikich ptaków.
Chwilę potem napotykam kolejnego drapola - tym razem jest to jasna odmiana wydrzyka ostrosternego. Niestety, ptak nie jest już tak odważny i skory do współpracy. Przy każdej próbie podejścia odlatuje na kilka metrów, jakby wiedział, że dzieląca nas przestrzeń jest dla niego gwarancją bezpieczeństwa.

Po kilku godzinach marszu docieramy do celu. Dookoła rozpościera się podmokła tundra. Wędrówka po niej przypomina chodzenie po sprężystym materacu. Wszystko ugina się pod stopami, a buty grzęzną w zimnej, zielonej mazi. Rozglądamy się w poszukiwaniu biecanych gęsi. Niestety, nie ma ani jednej sztuki. Dochodzimy do wniosku, że muszą gnieździć się na pobliskich skałach. Wspinaczka nie należy do najłatwiejszych. Chwilami jest prawie pionowo, a podejście utrudniają olbrzymie, porośnięte mchem kamienie. Nie zniechęcamy się jednak, tym bardziej że przed nami wizja spotkania się oko z okiem z pieścem. W drodze na szczyt towarzyszą nam stada alczyków. Czasami bawię się z nimi w chowanego. Ukrywam się, a potem niespodziewanie wychylam głowę zza skały. Czarno-białe ptaszory w ostatniej chwili robią unik i przelatują tuż obok mojej twarzy, niczym statki kosmiczne z "Gwiezdnych Wojen".

W końcu docieramy na samą górę. Przyznam, że nie przepadam za górskimi wycieczkami, zwłaszcza z bagażem w postaci plecaka ze sprzętem fotograficznym ważącym kilkanaście kilogramów. Jednak w takich chwilach jak ta, jestem w stanie zrozumieć każdego miłośnika gór i zdobywcę szczytów. Panorama, która pojawia się przed nami, jest warta nawet najbardziej męczącej wspinaczki. Z jednej strony długim łańcuchem ciągną się ostre granie, niekiedy oddzielone od siebie małymi oczkami wodnymi, między którymi leniwie przechadzają się renifery. Tuż pode mną tundra, poszarpana chabrowymi potokami, zielonym kobiercem spowija okolicę. W oddali, po drugiej stronie fiordu Hornsund majaczą ośnieżone szczyty górskie odbijające się w ciemnogranatowych wodach morza. Kiedy przymknie się oczy i zapomni o kształtach, wszystko zlewa się w niezwykłą paletę barwną rodem z płócien najdoskonalszych kolorystów. Całości dopełniają pikujące stadka alczyków, pojedyncze gęsi i mewy blade. Nic dodać, nic ująć - kraina jak z bajki.
Pospiesznie, raz za razem naświetlam kolejne klatki. Z góry jednak wiem, że nie uda mi się oddać klimatu tego miejsca ze względu na ostre, południowe światło. Wierzę jednak w to, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Może o innej porze dnia lub roku.

W drodze powrotnej spotykamy upragnione gęsi. Są idealnie zamaskowane i trudno dostrzec je między głazami. Często niemal w ostatniej chwili zrywają się w popłochu, z krzykiem wyskakując spod naszych nóg. Pojawia się też miejscowy rozbójnik - lisek polarny. Jego umaszczenie zmienia się w zależności od pory roku. Zimą jest pięknym śnieżnobiałym zwierzakiem, zaś o tej porze roku jego wyliniałe futro jest brązowe, a o dawnej, zimowej świetności świadczy już tylko duży, jasny, puchaty ogon. Lis wygląda bardzo sympatycznie, jednak zachowuje się wyjątkowo perfidnie. W brutalny sposób przegania gęsi i zabiera im jajka z gniazd. Potem szybko biegnie na szczyt góry, zakopuje zdobycz i wraca z powrotem po następne łupy. Czynność tę powtarza wielokrotnie. Ciekawe, czy pamięta, gdzie ukrywa swoje przysmaki? Kilka razy przymierzam się, żeby zrobić mu zdjęcie. Niestety, jest płochliwy i w momencie, kiedy podchodzę zbyt blisko, zaczyna zadziornie, ostrzegawczo poszczekiwać, a potem szybko ucieka. Jeszcze przez dłuższą chwilę kręcimy się między skałami, szukając tematów do fotografowania. Kiedy jednak słońce chowa się za chmurami, a w powietrzu czujemy chłodny oddech arktycznej późnej wiosny, zarządzamy powrót do bazy.

Przylądek Wilczek
Wieczorem niemal całe niebo otulone jest szarym kokonem chmur. Jedynie co jakiś czas przebłyskują blade promienie słońca. Namawiam Mateusza na krótką przechadzkę na pobliski przylądek Wilczek. Jego nazwa pochodzi od nazwiska austriackiego hrabiego Johanna Nepomuka Wilczka, który badał te okolice w 1872 r. Stoi tam zabytkowy domek traperski (tzw. hus) Isbjornhamna z 1936 r. oraz krzyż postawiony przez polskich polarników w 1982 r., tuż po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Obok krzyża wznosi się ołtarz, przy którym odprawiane są msze święte przez księży odwiedzających stację. Z przylądka roztacza się widok na ośnieżone góry wyrastające po drugiej stronie fiordu i spienione fale Morza Grenlandzkiego. Ciemne, niskie chmury, kontrastowe, lekko żółte światło i wysokie fale rozbijające się o przybrzeżne, różnokolorowe szkiery zachęcają by jak najczęściej oglądać świat przez wizjer aparatu. Szkoda tylko, że o tej porze roku i na tej szerokości geograficznej słońce nie schodzi nisko nad horyzont i nawet w środku nocy świeci wysoko na niebie. Tym samym światło nie jest tak ciepłe jak u nas, tuż przed zachodem słońca. Nic nie jest jednak w stanie powstrzymać mnie przed wypstrykaniem rolki Velvii.


Spitsbergen, Hornsund - Polska Stacja Polarna

12 - 13 czerwca 2006
Po prawie czterech dobach kiszenia się w kajucie wreszcie osiągamy cel podróży. Jest 4 nad ranem 12 czerwca 2006 r., przed nami fiord Hornsund i Zatoka Białych Niedźwiedzi.

Wychodzę na pokład. Podmuchy lodowatego wiatru są tak silne, że muszę mocno trzymać się barierki. Arktyka robi wrażenie - nagie skały, wzburzone morze, kłębiące się na niebie złowieszcze chmury, jedynie w oddali porozrywane bladymi przebłyskami słońca. Pomimo surowego klimatu wszędzie jest mnóstwo ptaków. Latają całymi stadami i co jakiś czas przysiadają na kołyszących się falach. Wystarczy jeden rzut okiem i już wiem, że mi się podoba.
Ze względu na dużą ilość szkierów (wypłycania z ostrymi skałami), statek cumuje na środku fiordu. Po jakimś czasie przypływa po nas pontonem dwóch sympatycznych polarników, którzy na stacji przebywają już od roku. Dostajemy kolorowe uniformy zabezpieczające przed wyziębieniem i utonięciem, na wypadek gdyby wpadło się do lodowatej wody, zaś nasze bagaże błyskawicznie lądują w pontonie. Przyznaję, że robi mi się słabo, kiedy obserwuję, jak mój plecak z całym sprzętem foto jest spuszczany na cienkiej lince zakończonej malutkim haczykiem. Jeden nieuważny ruch i całość może zniknąć w morskich czeluściach. Po krótkiej przeprawie dopływamy na miejsce.

Polska Stacja Polarna usytuowana jest ok. 500 m od morza na niewielkim wzniesieniu, na tle wysokich szczytów górskich. W środku robi bardzo pozytywne wrażenie - jest czysto, schludnie i co najważniejsze ciepło. Podzielona jest na kilka części - po lewej i prawej stronie znajdują się pokoje dla zimowników oraz letnich grup badawczych, laboratoria, pokój z komputerami z dostępem do Internetu (jest także WiFi), świetlica z telewizorem, jadalnia, duża kuchnia z pełnym wyposażeniem, toalety oraz łazienka z prysznicem i pralką. W głębi mieszczą się magazyny z jedzeniem i różnymi przydatnymi rzeczami. Wszystkie pomieszczenia i urządzenia są ogólnie dostępne, pomagają przetrwać ciężkie chwile, zwłaszcza tym, którzy przebywają tu cały rok, czyli grupie naukowców. Na zewnątrz znajdują się jeszcze dodatkowe budynki: agregatownia z pracującymi na okrągło silnikami zapewniającymi stałą dostawę prądu, tzw. Banachówka - pomieszczenie ze sprzętem pływającym (dwa olbrzymie PTS-y, pontony, silniki i wszystkie niezbędne akcesoria) oraz psie budy z czterema uroczymi psami (czyżby miejscowe husky?), których głównym zadaniem jest ostrzeganie ludzi przed zbliżającymi się niedźwiedziami. Dokoła stacji porozstawiane są różne dziwne urządzenia pomiarowe, m.in. do obserwacji warunków atmosferycznych. Stacja zaopatrywana jest w wodę bezpośrednio z pobliskiej sadzawki, którą, ku mojemu zaniepokojeniu, polubiły także miejscowe gąski.

Zostajemy zapoznani z całą załogą, do której należą naukowcy prowadzący badania w zakresie meteorologii, sejsmologii, magnetyzmu ziemskiego, jonosfery, glacjologii, elektryczności atmosfery i badań środowiskowych oraz grupa techniczna pracująca przy modernizacji stacji. Dodatkowo na jakiś czas przyjechała tu para biologów, aby prowadzić badania nad miejscowymi ptaszkami - alczykami. Podczas śniadania szybko znajdujemy z nimi wspólny język. Ptaszniki, jak wszyscy ich nazywają, uprzedzają nas byśmy nie byli zdziwieni, jak zobaczymy czarno-białe alczyki pomalowane w "barwy wojenne". Na potrzeby badań chwytają te Bogu ducha winne stworzenia i malują je czerwoną farbą. Kiedy okazujemy pewne zaniepokojenie, Kasia - biolog zapewnia nas, że nic złego im się nie dzieje. Ponoć wszystkie są zdrowe i szczęśliwe pomimo zmiany koloru upierzenia.

Pierwsze chwile upływają głównie na miłej pogawędce. Szybko jednak żądni wrażeń wyruszamy w teren. Przed wyjściem zgodnie z obowiązującym zwyczajem, z uwagi na szwędające się czasami po okolicy białe niedźwiedzie, zaopatrujemy się w broń. Mateusz wypożycza rakietnicę oraz kolta rodem z filmu "Brudny Harry" - amerykański Magnum 44.
Białe niedźwiedzie są pod całkowitą ochroną i z zasady nie atakują ludzi. W razie spotkania po drodze białego sierściucha, należy zachować spokój i nie uciekać. Jeśli trafi się na wyjątkowo ciekawski egzemplarz, to w pierwszej kolejności trzeba oddać strzały ostrzegawcze z rakietnicy, dopiero kiedy to nie pomaga, w ostateczności należy użyć broni. Opuszczamy stację z nadzieją, że nie przydadzą się nam te zabawki.

Pogoda nas nie rozpieszcza, pomimo to fotografujemy okolicę, a także wszędobylskie renifery. Na pobliskich skałach odnajdujemy olbrzymie kolonie małych, uroczych alczyków. Czerwonoskórych ptaszorów, o których wspominała Kasia, jakoś nie widać. Południowe światło, a właściwie jego brak, nie daje wielkich nadziei na udane zdjęcia.
Po obiedzie wyruszamy w przeciwną stronę niż rano - na wschód, pod lodowiec Hans. Kiedy patrzyłem na niego, miałem wrażenie, że jest na wyciągnięcie ręki. Okazuje się, że to tylko złudzenie, a do celu jest kilka dobrych kilometrów. Więc brniemy cierpliwie, bo przecież nie na co dzień można zobaczyć lodowiec z bliska. Na miejscu okazuje się, że jest całkiem, całkiem - dość spory, w jednych miejscach niebieski, w innych zupełnie biały. Podobno jego barwa zależy od ilości zamarzniętej w nim wody, te białe fragmenty świadczą o większej liczbie pęcherzyków powietrza. Podchodzę pod samo czoło lodowca. Co jakiś czas wzdrygam się, słysząc głośne tąpnięcia przypominające odgłosy nadciągającej burzy. Te dźwięki to tzw. cielenie się lodowca (co jakiś czas odłamuje się od niego mniejszy lub większy kawałek i z hukiem wpada do wody). Nie czuję się w tym miejscu zbyt pewnie, dlatego robię kilka zdjęć i szybko wycofuję się na bezpieczną odległość. Pogoda nadal jest nijaka. Wokół szaro, buro i co jakiś czas zacina śnieg. Ponieważ przed nami jeszcze wiele dni, podczas których będziemy mogli poznać okolicę, postanawiamy wrócić do stacji. Pierwsze godziny na lądzie robią swoje. Zmęczony padam na łóżko i zasypiam snem sprawiedliwego.


Spitsbergen, na statku Norbjorn

8 - 11 czerwca 2006
Do Tromso docieramy po 6 dniach. W porcie po drugiej stronie fiordu dostrzegamy transportowy statek Norbjorn, nasz dalszy środek lokomocji. Jego jaskrawo czerwony kadłub z dużym białym dźwigiem już z daleka rzuca się w oczy.
Następnego dnia po niewielkich komplikacjach ładujemy bagaże na statek, zaś samochód na kolejne tygodnie trafia pod Bożą Łaskę na teren polskiego klasztoru karmelitanek.

Kapitan statku, Norweg, jest dosyć dziwną osobą, milczącą, zamkniętą w sobie, żyjącą w swoim własnym świecie. Ciężko jest nawiązać z nim jakikolwiek kontakt.
Za to zupełnie inaczej sprawa przedstawia się z rosyjską załogą statku. Gdy tylko wchodzimy na pokład, jeden z nich mówi:
- O, bracia Słowianie! - i od razu robi się raźniej.

Razem z Tomkiem zostajemy zakwaterowani w małej kajucie, zaś Mateusz trafia do przestronnej kabiny piętro wyżej, która normalnie pełni rolę pokładowego szpitala. Delikatnie mówiąc, kabiny nie należą do luksusowych i widać, że statek lata swojej świetności ma już dawno za sobą. Nie ma jednak co narzekać, bo przecież na kilka najbliższych dni statek ma stać się naszym domem.

Zupełnie zatracam poczucie czasu - śpię, coś jem, urządzam krótki spacer po pokładzie i tak w kółko. Z powodu złej pogody termin wypłynięcia przesuwa się najpierw o kilka godzin, potem o ponad dobę. No cóż, takie są uroki podróżowania w niekomercyjny sposób.

W końcu nastaje wymarzona godzina - ruszamy. Wypływamy na otwarte morze. Zaczyna ostro bujać.
Decyduję się na wyjście na zewnątrz i mały spacerek po statku. Z rufy w oddali widać podświetlone ostrym słońcem, lekko zamglone, ostatnie norweskie skały. Przed nami już tylko otwarte morze i przewalające się grzywacze na wysokich falach. Wchodzę na dziób statku, wrażenia iście z rollercoastera - szybko unosimy się do góry, aby za chwilę błyskawicznie opaść w dół. A dookoła jeszcze ta ogromna, pusta przestrzeń. Doznania przejmujące, aż ciarki przechodzą po plecach.
W takiej scenerii bardzo ciekawym przeżyciem jest obiad. Stół przykryty jest specjalnym obrusem-ceratą antypoślizgową, a kucharz serwując dania, musi wykazać się nie lada zdolnościami akrobatycznymi, aby trafić w amplitudę fal i dostarczyć nam żarło, które za wszelka cenę chce wyskoczyć z talerza. Podczas jedzenia mam skojarzenia z fotografią krajobrazową - ale ucieka mi horyzont w zupie!
Jest pierwsza ofiara - Mateusz dziękuje za drugie danie i błyskawicznie udaje się do swojej kajuty. Tomek także nie czuje się najlepiej. Śmieję się, że mój błędnik jest zahartowany po foto plenerowych libacjach, ale później na wszelki wypadek również idę się położyć. Mój spokój wewnętrzny zakłóca tylko klekot urwanej deski klozetowej wesoło biegającej to tu, to tam po ubikacji.

Kolejne dni nie różnią się od poprzednich. Za oknem szaro, buro z lekką mżawką. Na szczęście znikają sztormowe fale. Czas płynie leniwie i jedyną atrakcją staje się obserwacja unoszących się w powietrzu fulmarów. Zastanawiam się, jak dają sobie radę na środku morza, ok. 300 km od najbliższego lądu. Czy nie brakuje im gruntu pod łapkami i czy nie czują się zbyt samotne w tym miejscu. Ja w każdym razie powoli zaczynam mieć dosyć wszystkiego.
W pewnym momencie rozmyślania przerywa żelazny chrzęst - ktoś otwiera drzwi na zewnątrz. Kątem oka widzę jak za burtę wylatuje jakiś karton. Tia ... słowiańskie zwyczaje na północy, a może to dar dla Neptuna?


Na Spitsbergen - podróż przez Skandynawię

4- 7 czerwca 2006
Jazda w Skandynawii to już czysta przyjemność - w większości po idealnych drogach, w małym ruchu, w pełnej kulturze, wręcz relaksacyjne (w porównaniu do agresywnej walki na warszawskich ulicach).

Z wcześniejszych ustaleń wynika, że mamy prawie tydzień na pokonanie trasy, więc na bieżąco dostosowujemy ją pod kątem fotografowania. W GPS-ie, czyli u naszej "Jadźki", wybieramy możliwie najmniejsze drogi, wypatrujemy ciekawych krajobrazów, kolorowej skandynawskiej architektury oraz pałętających się, czasem nawet po szosie, zwierzaków.

Pogoda jak to na północy - bardzo kapryśna i zmienna. Raz pada deszcz, za chwilę błyska słońce i sceneria robi się jak z bajki. Najpierw jedziemy przez górzyste tereny Szwecji, a potem wybieramy bardzo atrakcyjną trasę norweskim wybrzeżem, gdzie droga z uwagi na poszarpany brzeg połączona jest przeprawami promowymi. Widoki są niesamowite.
Wysokie góry odbijające się w niebieskozielonych wodach fiordów oraz błękitna renifer poświata na tle odległych szczytów górskich. A wszystko to oświetlone słońcem, jedynie od czasu do czasu skrywającym się za delikatnymi obłokami. Wieczorami, kiedy słońce zniża się do horyzontu i ciepłym blaskiem oblewa okolicę, fotografuję krajobrazy. Migawka strzela dość często, a jednak cały czas czuję niedosyt.

Po kilku dniach mijamy koło podbiegunowe. Dzień polarny robi swoje - mój zegar biologiczny głupieje, a ja przestaję zwracać uwagę na zegarek. Zresztą jak można spokojnie spać, skoro w nocy jest tak ładnie? Dodatkowo atrakcją nocnego podróżowania są wałęsające się po drogach łosie i renifery.

Któregoś razu Tomek zauważa na poboczu pasące się jak krowy zwierzaki. Gwałtowne hamowanie, samochód parkuje na poboczu pomimo ciągłej linii, szybko podpinam czterysetkę do cyfrowego body, czułość 3200, IS - włączony i biegnę jak opętany, aby zrobić łosia na szosie - fotografię w klimacie serialu "Przystanek Alaska". Taka sytuacja powtarza się wielokrotnie.


Spitsbergen, przygotowania do wyprawy

3 czerwca 2006
Pomysł zorganizowania wyprawy pojawił się w listopadzie 2004 r. na internetowej grupie dyskusyjnej www.fotografia-przyrodnicza.art.pl
Mateusz pół żartem pół serio zaproponował miejsce jednego z kolejnych plenerów na Spitsbergenie. Oczywiście natychmiast zgłosiłem się na ochotnika.

Z uwagi na wysokie koszty oraz dość dużą oryginalność wyprawy postanowiliśmy poszukać sponsorów. Okazało się, że nie jest to łatwe zadanie. Skład wyprawy się zmieniał, a czas szybko mijał. Ostatecznie termin wyjazdu ustaliliśmy na początek czerwca 2006 r. Mieliśmy wyruszyć we trzech: Mateusz Moskalik, Tomek Kasiak i ja.

Patronem wyprawy został Związek Polskich Fotografów Przyrody, zaś głównymi sponsorami firma International Papier (wsparcie finansowe) oraz firma Graff, producent doskonałych ubrań outdoorowych.

Trasę w pierwszą stronę ustaliliśmy następująco: najpierw jedziemy samochodem z Warszawy do Gdańska, następnie promem do Nynashamn w Szwecji i przez całą Skandynawię do Tromso w Norwegii, stamtąd zaś statkiem transportowym Norbjorn bezpośrednio do Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie.


W końcu nastał upragniony dzień. Spakowanie całego majdanu do mojej Toyoty Rav 4 okazuje się dość problematyczne. Przed samochodem piętrzy się kilka kartonów jedzenia - wojskowy chleb i koncentraty, kilkadziesiąt puszek, setki słodyczy, komplety grubych ubrań, namiot, grube śpiwory oraz najważniejszy ekwipunek - kilkadziesiąt kilogramów sprzętu foto. Po wywaleniu półki i tylnego siedzenia cudem udaje się to wszystko upakować. Co prawda w tylnym lusterku ledwo widać Mateusza (a do małych i drobnych to on raczej nie należy), mimo to stwierdzamy, że jest OK i rzucamy hasło: "Ruszamy!".

Trasa przebiega bezproblemowo. Na czas dojeżdżamy na prom (Polferries) i wypływamy na morze :-)


Spitsbergen, relacja z wyprawy - czerwiec, lipiec 2006
Galeria zdjęć Spitsbergen

Spitsbergen, "kraj ostrych gór", jak nazwał go jego odkrywca Willem Barents, odległa polarna kraina majacząca gdzieś na krańcach mapy świata, dzikie tereny przez większą część roku skute grubą warstwą lodu.

Już podczas pierwszej wyprawy do Norwegii z zaciekawieniem spoglądałem daleko na północ i myślami błądziłem po rozległych obszarach archipelagu Svalbard, miejscu, w którym czas się zatrzymał tysiące lat temu, jeszcze w epoce lodowcowej. Zamarła ziemia, a wraz z nią miejscowa flora i fauna. Tu od wieków nic się nie zmieniło - ptaki wiją gniazda w rozpadliskach skalnych, renifery dostojnie przechadzają się po górskich stokach, lisy polarne chowają się między głazami, a białe niedźwiedzie polują na foki. I świeci słońce. Czasem nawet przez całą dobę. Zimą zaś na niebie pojawia się zorza - fantastyczna feeria jaskrawych i pastelowych barw.


International Paper sponsorem wyprawy na Spitsbergen

W ostatniej chwili znajdujemy kolejnego sponsora - firmę International Paper, która zapewnia nam spore wsparcie finansowe.
Po powrocie nasze zdjęcia zostaną wykorzystane przy promocji nowego papieru - Arctic Paper.


Producent ubrań Graff sponsorem wyprawy na Spitsbergen

Trwają ostatnie przygotowania do starannie planowanej od ponad dwóch lat wyprawy fotograficznej na Spitsbergen. Ostateczny skład to Mateusz Moskalik (organizator), Tomek Kasiak oraz ja.


Mamy już sponsora, który ubrał nas "prawie" od stóp do głów - firmę Graff z Wałcza, producenta odzieży adresowanej do miłośników natury i szeroko rozumianego oudtooru.

Zostaliśmy wyposażeni w:
- 2 komplety specjalistycznej bielizny "oddychającej",
- dwie pary spodni (turystyczne oraz grube, przeciwdeszczowe i na mróz),
- dwie kurtki polarowe - 80-tka oraz specjalistyczną na duży mróz,
- grubsza kurtka chroniąca przed śniegiem i deszczem,
- kapelusz z dużym rondem :-)


Plener fotograficzny Foto-Przyroda w Beskidzie Niskim 2006
Galeria zdjęć Magurski Park Narodowy

W połowie maja 2006 r. wyruszam na plener fotograficzny zorganizowany na liście dyskusyjnej: Foto-Przyroda.pl w Beskidzie Niskim.
Dopisuje cudowna, wiosenna przyroda i niesamowite klimaty etno :-)


Roztocze, maj 2006
Galeria zdjęć Roztocze

Dalsze poszukiwania wiosny a także klimatów etnograficznych, tym razem na Roztoczu :-)


Kampinoski Park Narodowy, kwiecień 2006
Galeria zdjęć Kampinoski Park Narodowy

W poszukiwaniu wiosny kilkukrotnie odwiedzam Kampinoski Park Narodowy.


Wystawa fotograficzna Rzeźba Ziemi OM ZPFP

3 kwietnia 2006 odbyła się wystawa zbiorowa Okręgu Mazowieckiego Związku Polskich Fotografów Przyrody pt. "Rzeźba Ziemi" zorganizowana w Muzeum Ziemi PAN w Warszawie.
Na wystawie znalazły się także moje fotografie.


Nasze fascynacje 2006 Okręg Mazowiecki, Związek Polskich Fotografów Przyrody

14 marca 2006 w Muzeum Ziemi PAN w Warszawie odbyło się rozstrzygnięcie konkursu Okręgu Mazowieckiego Związku Polskich Fotografów Przyrody połączone z wystawą - Nasze fascynacje 2006.


Moje zdjęcia zdobyły nagrodę oraz 3 wyróżnienia:

- wyróżnienie w kategorii "Krajobraz" za fotografię pt. "Mroczny pejzaż",

- wyróżnienie w kategorii "Zestawy" za fotografie pt. "Na koniec dnia",

- wyróżnienie w kategorii "Inne spojrzenie" za fotografię pt. "Płonę",

- I miejsce w kategorii "Inne spojrzenie" za fotografię pt. "Delikatność" (na fotografii obok)




W poszukiwaniu Polski ginącej
Galeria zdjęć Polska Wschodnia

W drugiej połowie stycznia utrzymują się zimowe klimaty a ja skupiam się na tematach Polski ginącej.
W poszukiwaniu starych chałup, kapliczek jeżdżę po Mazowszu oraz wzdłuż granicy wschodniej.


Kazimierz Dolny, styczeń 2006
Galeria zdjęć Kazimierz Dolny

Sylwestra oraz Nowy Rok spędzam w urokliwym Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Oczywiście nie zapomniałem zabrać ze sobą aparatu :-)




2017  2016  2015  2014  2013  2012  2011  2010  2009  2008  2007  2006  2005  2004  2003  2002